Szczerze mówiąc nieśmiało podchodziłam do testowania tego zapachu. Miałam w pamięci jeszcze traumę, którą przeżyłam po zaaplikowaniu sobie sporej dawki Iris Silver Mist Lutensa, a słynne Hiris Hermesa pamiętałam słabo i chyba nie miałam żadnych emocjonujących wspomnień z tym zapachem. Coz, muszę przyznać, ze kompozycja Lindy Pilkington zauroczyła mnie od samego poczatku.
Otwarcie ostre i świdrujące za sprawa różowego pieprzu i kolendry, wywołało niemały uśmiech na mojej twarzy. Chyba za spraw pieprzu właśnie, który bardzo lubię, szczególnie w nucie głowy. Serce zapachu zbudowane jest wokół pięknego, dumnego irysa i jaśminu, który czai sie gdzieś w tle i tylko niesmialo sie wychyla. Wokół irysa tańczą mocne przyprawy, z gryzącym zapachem ziela angielskiego na czele. Bardzo podoba mi sie to wcielenie irysa. Pudrowosc podkreślają gorące przyprawy, które daja czasami wrażenie prawdziwej walki żywiołów i sprawiają, ze zapach nie jest monotonny, a wręcz bucha z niego żar. To jednak nie koniec historii, którą opowiada nam Orris Noir. Gdy żywioły milkną, po skórze zaczyna snuć sie delikatne, ciemne kadzidło na miękkiej drzewnej bazie wieńcząc w piękny sposób to dzieło.