Olfaktoryczne podróże
Blog > Komentarze do wpisu

Serge Lutens CHENE

dąbChêne  to kolejny zapach, którego nie chciałabym i nie potrafię rozbierać na kawałki, analizować nutę po nucie.  Dąb to jedno z moich ukochanych drzew, a Chêne to jak powrót do dzieciństwa i spacer po moim ukochanym lesie nieopodal rodzinnego domu. Szczególnie lubiłam spacerować po nim o zmroku, kiedy poszycie pogrążone było już w mroku, a przez konary drzew przedzierały się ostatnie promienie słońca.

Najpierw znajduję się wśród wielu wiotkich brzóz, które nieśmiało przycupnęły na krawędzi lasu. Wchodzę więc pomiędzy drzewa, przełamuję gałązkę i czuję pachnący sok. Ta nuta wybija się na pierwszy plan na mojej skórze- świeży, trochę lepki brzozowy sok. Tylko skąd ta słodycz? Szybko mijam kruche brzozy, aby wejść do ciemnej już i majestatycznej dąbrowy. Przytulam sie do omszałego pnia dębu i wdycham jego zapach, kora jest jeszcza ciepła od słońca. Pod stopami tylko szeleszczą mokre, lekko zbutwiałe liście.  Jest spokój, półmrok, gdzieniegdzie spadają żołędzie, skrzypią konary, a z daleka dolatuje do mojego nosa zapach suchych i ciepłych immortelle...

Tak pachnie dla mnie Chêne.

Alkoholowa nuta nie jest wyraźna na mojej skórze, bardziej kojarzę ją z dębowymi beczkami, od dawna już pustymi, w których zostało tylko wspomnienie przechowywanego tam kiedyś alkoholu.

niedziela, 27 stycznia 2008, labareda

TrackBack
TrackBack URL wpisu: