Santal Blanc potrafi przywrócić uśmiech na moją twarz. Tak właśnie odbieram ten zapach – jako lekki, radosny, niesamowicie przestrzenno-powietrzny. Pierwsze nutki są ostre za sprawą kombinacji różowego pieprzu i cynamonu. Wywołują u mnie taką samą reakcję, jak wąchanie świeżo wysuszonego siana: mocne i intensywne, aż wierci w nosie od nadmiaru olfaktorycznych wrażeń i sama nie mogę się zdecydować, czy lubię ten zapach, czy też nie. Otwarcie Santal Blanc jest jak wdychanie rozgrzanego powietrza w letni, upalny poranek, przesyconego delikatnym zapachem kwiatów, mocnym aromatem ziół, drewna i przypraw. Nieodmiennie kojarzy mi się z błękitem bezchmurnego nieba iblaskiem słońca. Po przyprawowej orgii, intensywnej, ale stosunkowo krótkiej, zapachłagodnieje, przyprawy zostają przytłumione gorącem i ujawnia się nieśmiało irys w otoczeniu miodowej nuty. Baza należy do sensualnego piżma i miękkiego drewna sandałowego, które pełznie leniwie po skórze. Przeplatając się wzajemnie tworzą wdzięczny duet. Pamiętam, ze podobny zapach roztaczały wachlarze z białego sandałowca przywiezione przez moją znajomą z Indii, pachniały przez lata, a przy każdym ruchu w powietrze wzbijał się drzewny zapach. Aż marzy się leniwe, ciche popołudnie, kiedy zasiadając w miękkim fotelu w ogrodzie można obserwować, jak dzień powoli ustępuje wieczorowi. Ciszę przeszywa jedynie szum wachlarzy, dzięki którym schłodzone powietrze wypełnia delikatna woń sandałowca...
You who walk, Maybe with troubled thoughts, Come, enter here and rest; And may the sweet serenity of growing things, And the heavenly,peace Be mirrored in they soul. “Garden Sanctuary” Doxis M. Palmer
Santal Blanc nie jest majstersztykiem, jest pełnym uroku, miłym zapachem. Nie zaskakuje, ale również nie rozczarowuje. Jest jak letni, przesycony aromatami dzień, taki, jakich wiele, ale sprawiający dużo radości.