Olfaktoryczne podróże
Blog > Komentarze do wpisu

Stéphanie de Saint-Aignan UN THE AU SAHARA

Stéphanie de Saint-AignanUn Thé au SaharaUn Thé au Sahara jest jednym z siedmiu zapachów z kolekcji Stéphanie de Saint-Aignan na rok   2007. Osobiście nie jestem zachwycona pomysłem tworzenia nowej kolekcji co rok, bo ileż genialnych zapachów można wymyślić w tak krótkim czasie? Idea masówki, także wśród zapachów typu niche zazwyczaj nie była sukcesem, a często prowadziła do nijakości wypuszczanych nowych zapachów.

Nuty zapachu (mięta, herbata, przyprawy, szlachetne drzewa), inspiracja powieścią Paula Bowlesa Pod osłoną nieba oraz idea nocy spędzonej na Saharze popijając The ala Menthe obiecują wiele. Dodam, ze mam bardzo emocjonalny stosunek do wspomnianej powieści, wiec oczekiwałam naprawdę dużo, chciałam, aby zapach porwał mnie na Saharę i abym mogła zasiąść wśród gromady Nomadów ogrzewając się przy ognisku i racząc się ich słynną herbatą. Byłam przygotowana na trudne warunki, brak wygód i szlachetną prostotę. Chciałam autentyzmu.

Un Thé au Sahara na mojej skórze od samego początku ujawnia nutę czarnej, dobrej herbaty, do której dołącza mieszanka bliżej nieznanych mi przypraw, ale które mogłabym określić słowem egzotyczne. To dosyć mocny akord, który wwierca się w nos i momentalnie orzeźwia. Przewija się on z nutą skóry, takiej szorstkiej i świeżo wyprawionej. Później nuta herbaty traci na intensywności, ponieważ dodano do niej sporą garść mięty, która daje wrażenie chłodu. Mięta nie jest dominującą nutą, ale zmienia bardzo charakter herbaty. Te trzy składniki: herbata, skóra, mięta mieszają się, wirują i przeplatają na mojej skórze w różnych stężeniach, stąd też moje wrażenie przestrzenności w tym zapachu. Gdzieś z oddali przywiewany jest zapach dymu, a w bazie wyczuwalne są piękne drewniane nuty. Całość jest bardzo delikatna, jakby rozwiewana i przywiewana przez wiatr.

A ja w tym wszystkim... Cóż, nie oglądam Sahary z obozu Nomadów, nie jestem w ich gronie. Podziwiam uroki pustyni z perspektywy klimatyzowanego namiotu ustawionego na jej skraju specjalnie dla turystów, gdzie jest tworzony obóz jako kolejna atrakcja turystyczna, która stwarza tylko pozory nocy spędzonej na Saharze, a nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. Un Thé au Sahara jest ładną, harmonijną kompozycją, ale zbyt ułagodzoną, ugrzecznioną. Nie porywa mnie, nie wywołuje we mnie gorących emocji  i nijak nie potrafię w niej odnaleźć klimatu z powieści Paula Bowlesa. Nie chcę być widzem, chcę być uczestnikiem saharyjskiej wyprawy.

środa, 19 marca 2008, labareda

TrackBack
TrackBack URL wpisu: