Po raz kolejny przekonałam się, że perfumy z lanej próbki dają przekłamany efekt na skórze. Kiedy prawie rok temu testowałam Piment Brûlant wydawało mi się, że czuję przyprawioną na ostro czekoladę i maki w tle. Dziś moje odczucia są inne, tylko jedno pierwotne wrażenie pozostało- tzw prostoty zapachu. Piment Brûlant jest nieskomplikowany i przejrzysty, co akurat poczytuję na obecnym etapie mojej perfumeryjnej ścieżki za wyjątkowy atut, bo jakoś nie po drodze mi ostatnio z ciężkimi, zawiesistymi zapachami. Być może za sprawą pory roku, a być może zaczynam doceniać bardziej lekkie kompozycje... Pozostaje mi nic innego, jak tylko poczekać do jesieni i się o tym przekonać, wtedy bowiem tradycyjnie dopada mnie głód słodkości.
Piment Brûlant z mojego osobistego flakonu pachnie zupełnie inaczej, aniżeli ten z próbki. Wąchając go z korka mam wrażenie, że góruje pieprz, jednak po zetknięciu się ze skórą mości się na niej papryka- świeża, soczysta, czerwona, słodkawa. Właśnie taką lubię najbardziej i często w tej postaci gości na kuchennym blacie. Do papryki dołącza również całe naręcze maków zbieranych jeszcze o chłodnym poranku, kiedy pachną najintensywniej i prężą się dumnie do nieba. Wszytko przyprawione pieprzem i odrobina chili. Całość smakuje wybornie- początkowo wybijają sie słodkawe aromaty pochodzące głównie od dominującej papryki, później bardziej kwaskowate i pikantne, jednak wciąż przełamane słodyczą.
Czy czuję czekoladę? Nie. Czasami i tylko przy skórze czuję łuski kakaowe. Zapach mojego dzieciństwa i mojej babci, która zawsze z wielką ochotą przyrządzała mi je z mlekiem. Nuty: chili, goździki, czekolada, mak, wanilia, goździki, piżmo, ambra