Louanges Profanes ze stajni Parfumerie Générale dołącza do nielubianych przeze mnie Aomassai, Cozé i Cedre Sandaraque . Nie są to perfumy podobne, ale włożone zostały przeze mnie do wspólnego koszyka zawierającego zapachy, którym stanowczo mówię nie. Louanges Profanes to jakże realistyczna podróż retro do zapachów w stylu lat 80-tych. Pierwszy test skojarzył mi się ze szminkami produkowanymi w tamtych czasach, kiedy to słabą jakość „maskowano” za pomocą mocnego, chemicznego zapachu. Ma rację elve, która pisze o odnalezionej nucie płynu do trwałej ondulacji. Ja znajduję jeszcze nieświeżą lilię okadzoną dymem z mocnopachnących, aczkolwiek kiepskiej jakości indyjskich kadzidełek. Całość bardzo niesympatyczna, jak wizyta w starym, zakurzonym schowku z makabrycznymi zapachowymi wspomnieniami.
Moje pierwsze spotkanie z CB I Hate Perfume to Mr. Hulot's Holiday. Osobiście nie znam filmu, do którego nawiązuje nazwa, ale jeśli wierzyć tym kilku słowom zawartym w opisie - zapach nazwano nadzwyczaj trafnie. Nuty zapachowe brzmią conajmniej intrygująco (słone tchnienie śródziemnomorskiej bryzy, drewno wyrzucone na brzeg morza, kamienie pokryte wodorostami, stare skórzane walizki) i wydawałoby się, że powinniśmy otrzymać cos na kształt Sel Marine Heeley’a, jednak niestety nic takiego się nie dzieje. Miałam do czynienia z water perfume, ale nie sądzę, że kiedykolwiek skuszę się na przetestowanie innej wersji tego zapachu. Nie potrafię zachwycić się żadną barwnie opisaną nutą. Chłodna morska bryza nie owiewa mi twarzy, wodorosty pokrywające kamienie wydzielają mdlący odorek, skóra z walizek zalatuje stęchlizną, a drewno wyrzucone na brzeg jest nadgnite. Całość niczym horror klasy D, mocno przykurzona i zniechęcająca. Protestuję przeciwko takiej formie wakacji i zostaję w domu, a Mr Hulota pakuję pośpiesznie i wystawiam za drzwi. Bye!
Nie przekreślam marki, ale dużo wody upłynie zanim nabiorę ochoty, aby się zmierzyć z kolejną propozycją CB I Hate Perfume.
Profumo