|
Blog > Komentarze do wpisu
Molinard VANITECK
Kilka pierwszych sekund otwarcia to dla mnie czekolada. Najprawdziwsza, słodka i mleczna. To jednak nie koniec słodyczy, bo wkrótce wyłania się karmel, gęsty, słodki i ciągnący się. I drewno. Pachnące lekko żywicą, ale już suche, jakby czekające na dalszą obróbkę. Skojarzenia miałam natychmiastowe – Aomassai! Moja jedna z zapachowych traum, tu również był karmel, ale topiący niemal cały zapach drewna. Mimo wszystko stwierdziłam, ze zapach bardzo przypodobał się mojemu nosowi, chyba ze względu na proporcje i jakość słodyczy. W Vaniteck słodycz nie jest taka oblepiająca, a oleista nutka jest łagodna, tylko przemyka chwilami po skórze i gaśnie. I czyżby czasami zza rogu wyglądała paczula? Z mojego opisu zrobił się już prawie Angel, ale dla mojego nosa zapach firmy Molinard ma niewiele z nim wspólnego. Może gdybym chciała bardzo naciągnąć rodzinne powiązania, to może ich przodkowie żyli przed wieloma latami w jednej wiosce i mieli przelotny romans... Drewno w Vaniteck jest trudne do określenia, bo pełne sęków i zadziorów, ale ugłaskane nieco przez szczyptę wanilii i słodycz. Przeczuwając, że Vaniteck mimo swej nieskomplikowaności sprawi mi jeszcze przynajmniej kilka ciekawych niespodzianek, dołączyłam go do mojej osobistej zapachowej szkółki leśnej, gdzie pręży się dumnie w swym granatowym flakonie oprócz czerwonej sekwoi i żółtego sandałowca...
środa, 24 września 2008, labareda
TrackBack
|