W kategorii słonowodnej M. Micallef proponuje nam olfaktoryczną wędrówkę na grzbietach grzywaczy na morzach Czarnym, Czerwonym, Żółtym i Białym.
Największym sentymentem darzę Morze Czarne, toteż Black Sea właśnie zapragnęłam poznać jako pierwsze. Nie przeczę, ze dużą rolę odegrały tu waleczne Amazonki, których kraina rozciągała się właśnie nad tym morzem (Jakże często zasłyszane, przeczytane rzeczy przechowywane w najciemniejszych zakamarkach mózgu mają wpływ na mój dobór zapachów, które zamierzam poznać. Czasami wystarczy nazwa, aby przez szare komórki przeszedł błysk i już moja wyobraźnia kreuje zapachy, miejsca, widoki...). Pierwsze nuty Black Sea były dla mnie totalnym zaskoczeniem, wydawało mi się bowiem, że czuję Black Cashmere. To samo charakterystyczne połączenie kadzidlanej nuty z zapachem wenge, tak charakterystyczne, że nie do pomylenia z niczym innym. To jednak tylko kilka chwil zapachowego déjà vu. Później pojawia się drewno gwajakowe, nieco słodkawe, przyprawione szczyptą cynamonu i szafranu i trochę hojniej goździkami. Jako że Gwajakowi do twarzy z kwiatkiem, to pojawia się również i w tej kompozycji, jednak nie jest to tym razem herbaciana róża cudnej urody. To różowy, o postrzępionych, nieregularnych płatkach goździk. Zapachowo zbliżony najbardziej do Carnation CdG, tylko bardziej transparentny, oplatający pajęczą siecią drewno gwajakowe. Ten piękny, dla mnie przez wiele lat będący niejako symbolem wszelkich uroczystości w dawnym PRL, ale także pierwszy dawany przeze mnie i otrzymywany, kwiat budzi we mnie czułostkowość i tkliwość. Motyw z Black Cashmere, czasami majaczy tylko na horyzoncie, czasami powraca większą falą, niosąc wyraźną nutę czystka.
Skoda tylko, że cała kompozycja prysiada trwożnie na skórze i zmusza mój nos do tak częstych wędrówek, aby odnależc ślad zapachu na skórze.
Nuty: : różowy pieprz, gożdziki (przyprawa), cyprys, szafran, drewno gwajakowe, knwalia, gożdzik (kwiat), drewno sandałowe, cedr, kadzidło, czystek, wanilia
Red Sea ma nawiązywać do Morza Czerwonego, ale mnie osobiście bardziej podoba się jego arabska nazwa Al-Bahr al-Ahmar. Co oznacza? Nie mam pojęcia, ale pięknie brzmi dla mojego ucha... Red Sea M Micallef zaiste są czerwone, zatopiono w nich tysiące płatków krwistych róż. Róża zawładnęła tym zapachem od pierwszych do ostatnich nut. Jej pierwsze pojawienie się w pierwszych sekundach zapachu powoduje u mnie odrzut głowy, zachłyśnięcie się i prawie bezdech. Jest intensywna, odurzająca, przykryta deszczem przypraw, wśród których, oprócz cynamonu, wyczuwam jeszcze pieprz. Jest pikantna, ale zarazem słodka, typowe pomieszanie smaków dla tamtego regionu świata. Jej inna twarz to słodka konfitura różana, powiedziałabym, że taka, którą często znajdziemy we francuskiej kuchni. Na moje szczęście nie jest aż tak słodka jak damskie Tumulte, chociaż to właśnie do nich jej najbliżej. Jest i wreszcie trzecia odsłona- róża bardziej kwaskowata, z wdzięcznie wirującym wokół różowym pieprzem. Całość intrygująca, upajająca. Czy moja? Nie wiem jeszcze. Za każdym razem zmieniam zdanie na ten temat. Chociaż... aż taką miłośniczką róży nie jestem, dopiero uczę się obcowania z królową kwiatów i więcej różanych zapachów (na razie) nie pożądam.
Nuty: neroli, cynamon, róża, irys, drewno sandałowe, białe piżmo
Na mnie Black Sea jest intensywny i ekspansywny, z drugiej strony - dość monotonny... Podobieństwo do BC rzeczywiście bardzo duże, co nieco koi moje nerwy związane z plotkami o wycofywaniu kamyków.
Kto wie, może kiedyś w ramach kaprysu kupię flakon; a Black Sea w ramach wdzięczności rozkwitnie na mnie w pełni?...
[Bellatrix]