|
Blog > Komentarze do wpisu
Piżmo udomowionePoszukiwania mojego piżma uważam za zakończone. Znalazłam dla siebie dwa zapachy, które w dostatecznym stopniu zapełniają moją perfumeryjną piżmową niszę. Do tej pory Musc Ravageur stał sobie w niej samotnie, ale to mój zapach na prywatne, specjalne okazje, zbyt niebezpieczny i wywołujący we mnie często wrzenie krwi, więc... Potrzebowałam czegoś równie drapieżnego, ale odrobinę mniej zwierzęcego, czegoś, co koiłoby moja skórę, a czasami drażniło lekko moje zmysły... Moje obecne typy to: L’air de rein Miller Harris - doskonale spełnia zadania zapychacza mojej piżmowej dziury. Nieskomplikowany, ale z charakterem. Skomponowany dla i z udziałem Jane Birkin. Cokolwiek muza miała na myśli- moje skojarzenia są dużo bardziej erotyczne, niż zapach starych szuflad czy pasty do podłogi. I to nie tylko za sprawą samej Jane Birkin, która dla mnie zawsze będzie osobą ociekającą seksem i śpiewającą w boskim duecie "Je t`aime...moi non plus". Cóż, pewnych schematów myślenia pozbyć się nie mogę i nawet nie chcę. L’air de rain nie pachnie niczym, pachnie słodkawo-waniliowym piżmem, bardzo cielesnym. Czasami wyczuwam zapach skóry, albo bardzie - skórzanej kanapy, na której jeszcze niedawno odbywały się igraszki cielesne, bo wyraźny zapach, zgrzanych, słodkawych ciał unosi się jeszcze w powietrzu. Nie jest to zapach nieprzyjemny, bo ciała były wymyte, a seks radosny i dający dużo przyjemności. Czasami piżmo przybiera mniej ludzką, a bardziej zwierzęcą postać. Skóra wtedy to siodło, mokre od potu konia. Bardzo odpowiada mi ten zapach, wystarczająco piżmowy, ale bez zbędnych ozdobników. Neroli, czy mech dębowy nie ujawnia sie na mojej skórze wcale, a ambra czasami dołącza do piżmowo-waniliowego duetu, dodając mu nieco smaczku. Mûre et Musc L'Artisan Parfumeur – cieszę się, że poznałam ten zapach stosunkowo niedawno. Gdybym zetknęła się z tym zapachem rok czy dwa lata temu, z pewnością nie doceniłabym ich wcale i dużo wody upłynęłoby, zanim podjęłabym się ponownego testowania. To również elfie perfumy i tak doskonale potrafią stopić się z moją skórą, że często zastanawiam się, gdzie kończą się Mûre et Musc, a zaczynam ja. Otwarcie to kosz soczystych, kwaśnych cytrusów, których zapach powoduje u mnie cieknięcie śliny. Kilka nut później zapach przywołuje mi wspomnienia z dzieciństwa, z leniuchowaniem na leśnej polanie zalanej słońcem, kiedy mogłam beztrosko leżeć na plecach, obserwować chmury i z radością wdychając powietrze myśleć, że życie jest piękne, a takie chwile mogłyby trwać wiecznie. Zewsząd dochodziły cudne leśne zapachy: leśnych, kwaśnych owoców i tajemniczego zielska, którego zapach unosił się powietrzu. To zielsko, to pewnie wynik pomieszania zapachów wielu roślin, ale ja odbierałam to jako jedną, wielką, pachnącą, leśną zieloność. Jest i piżmo, które ujawnia się kiedy owa owocowa zieloność blednie, jest słodkawe, delikatnie pudrowe, pachnie jak wymyta delikatnym mydłem czysta skóra. Uwielbiam taki zapach, kiedy zasypiam. wtorek, 09 grudnia 2008, labareda
TrackBack
|