Olfaktoryczne podróże
Kategorie: Wszystkie | Impresje na temat | Myśli | Nosy | Nowości | Wzmianki
RSS
niedziela, 12 lipca 2009

Najpiękniejszy zapach świata pojawił się niespodziewanie, bo chociaż bardzo wyczekiwany i wytęskniony to pojawił się o dwa miesiące za wcześnie. Przyszedł na świat i wywołał burzę gwałtownych reakcji, był szok, niedowierzanie, strach i lęk.

Zapachu uczyłam się minutę po minucie, godzinę po godzinie i dzień po dniu. I nie mogę uwierzyć, że mogłam wcześniej bez niego istnieć. Nie ma dla mnie nic piękniejszego.

Mój synku... Z lubością wącham twoje włosy, twój oddech i każdy centymetr skóry. Twój zapach wszczepił się w każdy zakamarek mojego ciała, odnajduję go we włosach i ubraniach, skrawku skóry na nadgarstku.

Wieczorem po wielu godzinach spędzonych w szpitalu nie mialam ochoty zdejmować ubrania i zanurzyć się w wannie. Byle tylko dłużej móc czuć twoją obecność... Nie wiedziałam, że można tak kochać... Juz od kilku tygodni moge cieszyć się Twoim zapachem na codzień i nic mi nie przysłoni tej radości. Nawet bolesne znaki zapytania o przyszłość i ogromny strach, który przycupnął na moim ramieniu.

Dum spiro, spero.

19:43, labareda , Myśli
Link Komentarze (9) »
wtorek, 05 maja 2009
Wiosennie mi, gdy noszę Cristalle Eau Verte. Przypuszczam, że wielbicielki i wielbiciele klasycznych Cristalle mogą czuć się nieco zawiedzeni, nowe, zielone Cristalle pozbawione zostały szyprowatości i chropowatości. Cristalle Eau Verte są świetliste i przejrzyste, otaczają nosiciela lekką zielono-cytrusową mgiełką z miłym akcentem magnolii, odrobiny jaśminu i świeżej, zielonej trawy.
Zapach dla elfów lub tych, którzy potrzebują zastrzyku dobrej energii w postaci kilku kropli radości we flakonie. Na mnie działa bezbłędnie, potrafi rozpędzić chmury na prywatnym nieboskłonie i przywołać pogodny uśmiech na zasępione z lekka oblicze. Nosząc ten zapach mam ochotę przywdziać lekką sukienkę lub proste, lniane ubranie i lekkim krokiem udać się w kierunku łąk i pobłądzić wśród drzew, gdzie tylko wzrok poniesie.
Nuty tak proste, jak i w sumie cała kompozycja, ale tak przy tym niebanalne i naturalne. Cristalle Eau Verte są czyste i nienachalne, raczej bliskoskórne, chociaż na mojej skórze stosunkowo trwałe.
Z pewnościa będą mi często towarzyszyły w ciepłe wiosenno-letnie dni.
 
Nuty: cytryna, bergamota, magnolia, jaśmin, neroli, abstrakt białych kwiatów
piątek, 27 marca 2009
Fiołki w perfumach są dla mnie niełaskawe. Nie chcą ze mną współpracować i nieczęsto rozkwitają pięknem na mojej skórze. Zniechęcona nie poznałam ich wiele, posiadam tylko jeden zapach, który ma fiołka w nazwie, ale nie ustaję w poszukiwaniach. W końcu zdecydowałam się sięgnąć po klasykę – Violetta di Parma, przyznaję, że bez wiekszych nadziei, a i trochę przestraszona (opowieściami o mrocznych, drapieżnych fiołkach i wyziewach mydlano-pudrowych), a która okazała się być sensacją.
 
Violetta di Parma zaczyna się mglistym, wilgotnym porankiem. W powietrzu unosi się zapach ziemi, liści zabłąkanych w mokrej od rosy trawie. I nagle niespodziewanie dochodzi do nas ta woń- drobnych, niepozornych fiołków skulonych jeszcze między zielonymi, zziębniętymi listkami. Podążamy za tym aromatem spragnieni wiosny i ciepła i odnajdujemy kępkę fiołków przytuloną do ziemi. Kiedy niebo zaczyna się do nas uśmiechać pierwszymi promieniami słońca, fiołki pozbywają się swej nieśmiałości , wychylają coraz śmielej drobne główki i zaczynają lśnić sperlone rosą niczym drobne klejnoty rozsypane w trawie. Z biegiem czasu zapach nabiera mocy, malując na skórze każdy odcień fiołkowatości, a kiedy z upływem godzin blednie i znika – czuję niedosyt i rozczarowanie.
 
I nawet ja, przecież niefiołkowa dziewczyna, jestem nimi absolutnie oczarowana.
czwartek, 26 marca 2009
 
 
Królewskie polowanie na tygrysa? Jeśli o tym miał opowiedzieć ten zapach, to na moją wyobraźnię w ten sposób nie zadziałał. Myśliwi, którzy wybrali się na to polowanie są zbyt hałaśliwi, rozbili obóz na środku polany między gęstwiną drzew, a czujny tygrys już dano ich wywąchał i przeniósł się w odległe rejony. Jeśli ktoś wytęży wyobraźnię, to wywąchać jego nikły zapach lub zobaczyć niewyraźny ślad łapy odciśnięty w mokrej, wilgotnej ziemi.A myśliwi się bawią na całego, przygotowują orientalne potrawy rodem z Indii, palą pachnący słodkawy tytoń i snują barwne opowieści przy ognisku.
 
Fougère Bengale ma coś w sobie z kilku zapachów, które znam. Pierwsze tchnienie to lawenda otoczona cienką smużką kawy, jednak delikatna i raczej ulotna na mojej skórze, klimatem tylko podobna do tej z New Haarlem. Orientalna słodycz podrasowana garścią przypraw, w tym chyba również i curry, coś na kształt pikantnego piernika, ale odległego od europejskiego jego pojęcia. Przychylę się chyba do tych głosów, które optują za tym, że zapach ten mógłby być młodszym, ładniejszym bratem Sables, trochę bardziej okopconym słodkim tytoniem, ale z bardzo wyraźnym akcentem immortelle przykurzonej paczulą. Ten słodki tytoniowy dym łagodzi ostre kanty immortelle, czyniąc ją bardziej przystępną, łatwiejszą w odbiorze.
 
Nuty: lawenda, estragon, tytoń, paczula, tonka, wanilia, mech dębowy
 
 
Przy okazji napiszę kilka słów o Equistrius. Zapach z gatunku tych, których ja nie docenię, bo ja raczej niefiołkowa dziewczyna, a te kruche roślinki trzeba umieć nosić i kochać w perfumach. Na mojej skórze to morze fiołków utopionych w pudrze i spowite delikatną nutką czekolady szalejących w duecie z irysem. Duchem przypomina mi Insolence EDP.
Szypry nie należą do moich ulubionych zapachów. Zdecydowanie. Jednak i wśród tej grupy co sezon mam swojego ulubieńca. Widać moje perfumeryjne serce jest przepastne (a może bez zbędnej kokieterii- jestem o tym przekonana).
Pisząc o Libertine spojrzałam na sprezentowany mi kilka miesięcy temu flakon Noir Epices i ze zdumieniem zauważyłam, że sporo z niego ubyło. Widać raczyłam się nim na przedwiośniu znacznie częściej i obficiej niż myślałam. A nawet jeszcze nie zdecydowałam, czy go lubię! Jednego za to jestem pewna- ten zapach ma moc, siłę rażenia i ogromna trwałość.
 
Temat pomarańczy wałkuję juz w perfumach przez kilka flaszek, prym zdecydowanie wiodą zapachy L’Occitane. A Noir Epices? No właśnie...
 
Szypry, które zawitały do mnie i zagościły na dłużej lub na zawsze, miały przypiętą przeze mnie łatkę „łatwe” (innych wydawałam się nie trawić). Jasne, łagodne, iksrzące się na mojej skórze i dodające delikatnego smaczku życiu. Noir Epices takie nie są. Pomarańcze przysłoniętę są szczelnym, ciemnym woalem gęstego szypru, pokrywa je gruba warstwa aldehydowego kurzu i towarzyszy im geranium. W sumie... Nic co lubię, a jednak noszę i zatapiam nos w nadgarstku (chyba?) z przyjemnością. Cynamon, gryząca mieszanka gałki muszkatołowej i goździków tak zupełnie różne od tych, które lubiłam w zapachach, krzyczą na całe gardło w zupełnie nieznanym mi języku. I ta dziwna słodycz przeplatająca się z paczulą... Tak, mogłabym określić Noir Epices jako rozwrzeszczane, bez żenady obnażające się i nie mające cienia wstydu. Mimo to nie są wulgarne. Takie perfumeryjne stworzenie, które wcale nie chce, aby na siłę je lubiano i udamawiano. Chce zostać sobą: dzikie, nieujarzmione i może nie każdego dnia najpiękniejsze. Za to bardzo intrygujące.
 
Nuty: pomarańcza, róża, geranium, gałka muszkatołowa, cynamon, gożdziki, pieprz, paczula, drzewo sandałowe, drzewo cedrowe
wtorek, 24 marca 2009
Wczoraj do okna radośnie świeciło mi słońce, więc otwarłam je szeroko w geście zapraszającym wiosnę. Wiatr rozwiał mi włosy, a mój wzrok podążył na zapachową półkę, gdzie wdzięczyły się i skrzyły Libertine. Stały sobie tam jakiś czas, dawkowane oszczędnie zimą na nadgarstki, ale pachniały mi zawsze tak wiosennie i delikatnie, że musiały doczekać pierwszych ciepłych, marcowych podrygów wiosny. I jakoś tak mi szyprowo tej wiosny...
 
Twórca Libertine Martin Gras stworzył ten zapach zainspirowany klimatem VXII wieku i angielską monarchią, co kłuje już w oczy od pierwszego wejrzenia na flakon: korek kształtem przypomina królewskie jabłko. Czy są królewskie? Nie wiem. Na pewno są zdystansowane i tchną dyskretną elegancją. Moje prywatne skojarzenia to rozwiany włos, biała koszula i spacer po (angielskim) ogrodzie.
 
Otwarcie otacza mnie żółtą poświatą emanującą od cytrusowych skórek i niedojrzałego ananasa podanych na świeżych, roztartych w dłoniach zielonych liściach (figowych?), trawy i bliżej niezidentyfikowanych ziół. Ta kwaśno-gorzka mieszanka dopieszczona jest przez słońce, a przez to wydaje się być ciepła i wcale nie taka cierpka. Dochodzi zapach delikatnych kwiatów, szyprowy oddech mchu, a baza mruczy rozkosznie delikatnym piżmem i cieniem ambry. Aż ma się ochotę zrzucić buty ze stóp i na bosaka pognać po tym ogrodzie, po czym wyłożyć się na trawie i popatrzeć na chmury. I mieć myśli wcale nie-grzeczne.
 
I nie będę sobie psuła humoru na razie myślą, że już nie produkują Libertine...
 
Nuty: grapefruit, ananas, marakuja, konwalia, wiciokrzew, bergamota, róża, mech dębowy, paczula, piżmo, ambra.
 
 
 
 
środa, 18 marca 2009
Gdy pierwszy raz przeczytałam o Vanille Aoud miałam mieszane uczucia. Uwielbiam błądzić po szpitalno-piwnicznym zapachowym światku Micallefów ukrytym pod szyldem aoud. Zapach łączący moje dwie ulubione nuty” aoud i wanilię mógł być albo zapachowym koszmarkiem albo czymś na miarę odkrycia – innego spojrzenia na wanilię. Dla mnie okazał się tym drugim.
 
Od progu wita nas stary, znany zapach z Aoud czy Night Aoud, nieco szpitalny i stryszkowo-pleśniowy. Wodzi nas za nos po szpitalnych korytarzach, chłodzi zimnymi i wyszorowanymi środkiem dezynfekcyjnym kafelkami, aby po chwili zmienić kierunek i zabłądzić na zakurzony strych czy do wilgotnej piwnicy. Aż chce się powiedzieć: „Lubimy takie klimaty”. Szczególnie, że tym szczególnym zapachom towarzyszy wyraźna waniliowo-karmelowa smuga i owocowo-kwiatowa mgiełka z oddali. Stąd ta zapachowa podróż po mrocznych zakamarkach nie jest wcale straszna, wręcz przeciwnie – aż ma się ochotę zwiedzić najciemniejsze kąty. Wydawałoby się, że ten aoud będzie w tym wszystkim łagodny i mruczący, ale nie- wciąż jest na tyle silny, że potrafi się nastroszyć i pokazać pazury, a wanilia to tylko drobny kamuflaż.
 
Nuty zapachowe: bergamotka, ylang-ylang, suszona śliwka, aoud, karmel, piżmo, wanilia, benzoin
wtorek, 17 marca 2009
Jestem słodką dziewczyną. Zdecydowanie. Kiedyś objadałam się bezkarnie czekoladą, teraz już coraz rzadziej. Sentyment jednak pozostał i ostatnio poszukiwałam czekoladopodobnych zapachów w perfumach, głównie dla poprawienia sobie humoru, chociaż zauważyłam, że otoczenie również entuzjastycznie reaguje na tego typu zapachy. Zaczęło się wszystko od Musc Maori rok temu, ale tej zimy czekoladowy głód nabrał mocy. Zimową porą przeglądając pachnące blogi i forumowe zapiski zostałam natchniona i stwierdziłam, że muszę sobie przypomnieć Mat Chocolat i poznać Dark Extasy oraz Serendipitous. Poznanie dwóch pierwszych zakończyło się powiększeniem smakowitej zapachowej półki o dwa nowe zapachy, a Serendipitous się oparłam. Czuję się czekoladowo nasycona.
 
Koło Mat Chocolat Masaki Matsushima kręciłam się już chyba dwa lata temu, ale skończyło się na próbce, bo nijak nie mogłam zdobyć flakonu, a później jakoś o nich zapomniałam. W końcu zamajaczyła mi gdzieś na horyzoncie wspomnień czekoladowa buteleczka, a że nadarzyła się okazja... Mat Chocolat, to zapach kostki mlecznej czekolady rozpuszczającej się wolno na języku w ciepły, ale wietrzny dzień. Czekolada nie jest dosłowna, skryta nieco za kwiecistą zasłoną i otulona nieco cierpkim, cytrusowym szalikiem. Na dobranoc zaskakuje nas kubkiem gorącego kakao pitym na tarasie, wciąż w asyście zapachu wieczornych kwiatów. Wprost musiałam mieć swoje własne Mat Chocolat.
 
Dark Extacy La Perla – tak pachnac mam czasami ochotę sama zlizywać ten zapach z ręki. Częśto jestem z podejrzliwością obwąchiwana i podejrzewana o przemycanie czekoladek w kieszeni. Przepyszne, najpiękniejsze pralinkowo-nugatowe nadzienie oddane w perfumach, z jakim się spotkałam otoczone przepyszną czekoladą. Po prostu och i ach. I na tym moja opowieść się kończy, bo nawet pisząc o tym zapachu musiałam zawędrować do szafki i osłodzić sobie żywot kostką czekolady.
 
Serendipitous Serendipity 3 jest zabójczo słodki, początkowo czekolada płynie szerokimi strumieniami zapachu, a po magicznym „pstryk” ginie gdzieś i ustępuję miejsca słodkiej, lepiącej wacie cukrowej (jak to trafnie wyniuchała daigee). Widocznie tolerancja na ilość cukru w perfumach obniża mi się raz z wiekiem, bo czuje się niemal ubrana i oblepiona watą cukrową i zaczynam się trochę dusić. I dlatego mówię nie.
środa, 25 lutego 2009
Są zapachy, które poznaję zbyt późno. Gdybym spotkała się z Aki 3-4 lata temu zaraz po powstaniu tych perfum, to okrzyknęłabym je absolutnie moimi i piałabym z zachwytu. Teraz wydają mi się ładne i przystępne, ale nie wyzwalają we mnie żądzy posiadania i błysku w oku. Kiedyś wspominałam już, że lubię zapachy podobne do... Podoba mi się układ pewnych nut i to, jak moszczą sie na mojej skórze. Mam sporo zapachów podobnych do siebie, co absolutnie mi nie przeszkadza. I w Aki odnjaduję echo lubianych przeze mnie zapachów, ale nie wzbudza już ono u mnie takich emocji, że chciałabym więcej i więcej...
 
Otwarcie Aki przypomina mi Ambre L’Occitane, ta sama słodycz, miękkość, prostota i łagodność podszyta lekką miodową, żywicą. Na dodatek przykryta futrzanym, kocim ogonem rodem z Patchouli M. Micallef. Jest mi miło, bo bardzo znajomo, swojsko niemal. Z zaskoczenia, niewiadomo skąd pojawiają cię dorodne cytrusy wyrastające na pniu kremowego drewna sandałowego. Przysłowiowe gruszki na wierzbie... Obiecują ciekawy twist, a w konsekwencji przeszkadzają, wprowadzają jakiś dysonans... Cytryny swawolą rubasznie, nie mogąc wtopić się w spokojne ambrowo-paczulowe towarzystwo. Z czasem zmęczone gaszą swą żółtą cytrynowość i ustępują miejsca miękkiej, pudrowej ambrze, która też już utrudzona ledwo zaznacza swoją obecność... Całość jest miła, ale bez tego czegoś szczególnego, co zapamiętuje się na długo. Przyznaję, że dużo bardziej zachwycił mnie londyński sklep Tann Rokka, w którym co krok znajdowałam coś dla siebie i wzdychałam z zachwytu na widok miekkich kanap i foteli. A w Aki, niestety, nie mam ochoty tak się zapadać i zanurzać, czy chociażby przysiąść na chwilę... W biegu przystanęłam tylko na chwilę  i poszłam dalej.
 
Nuty: ambra, paczula, cedr i wetiwer
czwartek, 12 lutego 2009
Podoba mi się to, co widzę na zdjęciach przedstawiających Le Boise (niestety zapach testowałam jedynie z próbki) – flakon imitujący butelkę wina ukrytą w drewnianej skrzynce. Bardzo tajemnicze oficjalne nuty: różne gatunki drewna, przyprawy, wanilia nie odkrywają nam rąbka tajemnicy, już bardziej sam flakon wskaże nam kierunek w którym toczy się historia Le Boise.
 
Jest piękny, ciepły, letni wieczór. Komary brzęczą nad uchem, a z pobliskich krzaków dochodzi nas preludium koncertu w wykonaniu nocnych ptaków. Zasiadam wygodnie przy drewnianej ławie, na której w prostych, szklanych kieliszkach mieni się w ostatnich promieniach zachodzącego słońca czerwone wino. W powietrzu unosi się wspaniała letnia mieszanka aromatów: pobliskiego cedu, świeżych dębowych desek, z których zbito niedawno ławę, dalekiego zapachu słodkich owoców. Nad kieliszkiem unosi się cienka smużka zapachu aromatycznego wina, o bogatym, przyprawowym bukiecie. Nagle zerwał się niespodziewany wiatr i kieliszek wina przewraca się na drewniany stół. Zapach drewna nasiąkniętego winem – tak przez większość czasu pachnie na mojej skórze Le Boise.
 
Szkoda, że zapach gdzieś umyka szybko w przestrzeń, ginie szybko na skórze, pozostawiając za sobą dymek palonego drewienka i cedrowej poświaty... Szkoda, bo myślę sobie, że mogłabym się nim upić i to nie jeden raz...
 
 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 19